Przyszła mi do głowy taka myśl: skoro zdecydowałam się dalej rozwijać bloga, być może niezłym pomysłem byłaby próba dotarcia do szerszego grona odbiorców. Zgłębiłam zatem tematy sponsorowanych postów na Facebooku, promowania strony, budowania społeczności na Instagramie, tworzenia spójnego konta, planowania kampanii... i dowiedziałam się na przykład, że fakt posiadania dużej liczby fanów na Facebooku nie wpływa wprost proporcjonalnie na zasięg publikowanych treści, bo przecież liczy się zaangażowanie czytelników, grupa docelowa, algorytmy, według których pokazywane są posty ze stron... Bardzo to pogmatwane, te algorytmy, to dobieranie grupy docelowej, te kalkulacje, te plany kampanii, te zasięgi organiczne i to budowanie zaangażowanej społeczności.
Ostatecznie tak bardzo mnie to przygnębiło, tak bardzo odstraszyły mnie wszelkie poważnie brzmiące terminy, że postanowiłam z nowo zdobytą, obszerną wiedzą nie zrobić nic konkretnego. Nie podejmować żadnych radykalnych kroków. Bo co lepiej przyciągnie czytelników od ciekawych treści? Od dobrego jedzenia, którego perspektywa będzie widoczna na każdym wrzuconym przeze mnie zdjęciu? Niech zatem moją kampanią reklamową będzie ta wrześniowa tarta, która ma szansę podbić serca wielu. Polubią ją fani słodkości – bo pachnie śliwkami i cynamonem, amatorzy leniuchowania – bo jest prosta, zwolennicy zdrowego żywienia – bo jest na pełnoziarnistym, orkiszowym spodzie. Obszerna grupa docelowa, to może i zasięg będzie niezły, i zaangażowanie też nie najgorsze. Dajcie się zatem złapać na ten marketingowy chwyt i upieczcie ją prędko!





























