strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodkie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 września 2016

Chwyt marketingowy, czyli wrześniowa tarta ze śliwkami na orkiszowym spodzie.

Przyszła mi do głowy taka myśl: skoro zdecydowałam się dalej rozwijać bloga, być może niezłym pomysłem byłaby próba dotarcia do szerszego grona odbiorców. Zgłębiłam zatem tematy sponsorowanych postów na Facebooku, promowania strony, budowania społeczności na Instagramie, tworzenia spójnego konta, planowania kampanii... i dowiedziałam się na przykład, że fakt posiadania dużej liczby fanów na Facebooku nie wpływa wprost proporcjonalnie na zasięg publikowanych treści, bo przecież liczy się zaangażowanie czytelników, grupa docelowa, algorytmy, według których pokazywane są posty ze stron... Bardzo to pogmatwane, te algorytmy, to dobieranie grupy docelowej, te kalkulacje, te plany kampanii, te zasięgi organiczne i to budowanie zaangażowanej społeczności.
Ostatecznie tak bardzo mnie to przygnębiło, tak bardzo odstraszyły mnie wszelkie poważnie brzmiące terminy, że postanowiłam z nowo zdobytą, obszerną wiedzą nie zrobić nic konkretnego. Nie podejmować żadnych radykalnych kroków. Bo co lepiej przyciągnie czytelników od ciekawych treści? Od dobrego jedzenia, którego perspektywa będzie widoczna na każdym wrzuconym przeze mnie zdjęciu? Niech zatem moją kampanią reklamową będzie ta wrześniowa tarta, która ma szansę podbić serca wielu. Polubią ją fani słodkości – bo pachnie śliwkami i cynamonem, amatorzy leniuchowania – bo jest prosta, zwolennicy zdrowego żywienia – bo jest na pełnoziarnistym, orkiszowym spodzie. Obszerna grupa docelowa, to może i zasięg będzie niezły, i zaangażowanie też nie najgorsze. Dajcie się zatem złapać na ten marketingowy chwyt i upieczcie ją prędko!


wtorek, 7 czerwca 2016

Tapioka z zieloną herbatą matcha.

Nigdy nie stworzyłam własnej bucket list, mogłabym natomiast spisać listę kilkudziesięciu potraw (albo paru milionów) których chciałabym spróbować w ciągu swojego życia. I nie zdziwiłabym się wcale, gdyby połowa pozycji wiązała się z koniecznością wycieczki do Japonii. 


Mniej więcej rok temu zaczęłam interesować się tym miejscem na Ziemi. Mam wrażenie, że wszystkie odpowiedniki tamtejszych potraw, które są dostępne w Polsce, to jedynie namiastka tego, co oferuje kuchnia japońska. Może i mamy kilka świetnych knajp z ramenem, przyzwoite sushi, dość dobre onigiri... ale odnoszę wrażenie, że zupełnie inaczej podchodzi się tam do jedzenia. Gotuje się z wielką dbałością o jakość używanych składników, o formę podania gotowych dań, nie bez znaczenia są także walory zdrowotne serwowanych potraw – w końcu to w Japonii jest najwięcej stulatków na świecie.
Jednym z moich wielkich marzeń jest doświadczenie ceremonii herbacianej i spróbowanie zielonej herbaty matcha (抹茶). Jest to bardzo drobny proszek z liści, który po zalaniu wodą o odpowiedniej temperaturze serwuje się w formie spienionego napoju. Jego jedna filiżanka ma podobno więcej przeciwutleniaczy niż dziesięć takich samych porcji zwyczajnej zielonej herbaty. Byłam na tyle niecierpliwa i ciekawa, że skusiłam się na zakup matcha w jednej z poznańskich herbaciarni. Niestety,  gotowy napar  nie miał wcale pięknego pistacjowego koloru, a w smaku przypominał po prostu mocną zieloną herbatę. Po zbadaniu sprawy okazało się, że kupiłam proszek kiepskiej jakości lub po prostu utleniony, czego można było się spodziewać po relatywnie niskiej cenie. Całe szczęście całkiem nieźle sprawdza się w deserach, stąd pomysł dodania go do puddingu z tapioki. Dzięki temu deser zyskał przyjemny, herbaciany smak i dość intrygujący kolor, a ja mam cichą nadzieję, że może mimo tego, że moja matcha jest już utleniona, to jednak zachowała chociaż odrobinę swoich wspaniałych właściwości. 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Jaglany budyń czekoladowy na poprawę humoru.

Wczoraj był właśnie taki dzień, kiedy nic nie chciało mi poprawić nastroju. Pyszny obiad nie pomógł. Koreańska maseczka aloesowa na twarz tylko pogorszyła sprawę (z takim negatywnym nastawieniem zamiast czuć się jak w salonie odnowy biologicznej, miałam wrażenie, że trzymam mokrą ścierkę na twarzy). Jeszcze cztery (z dziecięciu!) egzaminy przede mną, więc piękna pogoda łamie mi serce, bo czuję, że każda minuta spaceru to zbrodnia przeciwko szybkiemu uporaniu się z ta wiedzą, zdecydowanie zbyt obszerną do przyswojenia. 
Trzeba było zatem wyciągnąć najcięższe działa. Budyń czekoladowy z malinami to najlepsze antidotum na parszywy humor. A jak do tego jest z kaszy jaglanej, to oprócz kojącego działania na nerwy, jest też całkiem zdrowy. Bez nabiału, bez glutenu, za to tak pyszny, że poziom endorfin rośnie błyskawicznie z każdą kolejną łyżeczką.


piątek, 15 stycznia 2016

Brownie z czerwonej fasoli i bananów

Zważywszy na rosnącą popularność dietetycznych, wegańskich, sezonowych, lokalnych i bezglutenowych potraw, niedługo niczym dziwnym nie będzie brownie z jarmużu. A fasolowe desery to już zupełnie normalna sprawa. Wystarczy przelecieć 10 godzin samolotem i znajdziemy się w kraju, w którym strączek ten króluje jako składnik słodyczy. 


środa, 23 grudnia 2015

Śliżyki

Czy ktokolwiek słyszał o śliżykach? W dzieciństwie byłam przekonana, że pojawiają się w każdym domu na Święta, jak barszcz czy pierogi. Okazało się z biegiem czasu, że ta potrawa rzadko występuje na tradycyjnych polskich stołach. Jest to świąteczny przysmak kuchni kresowej, czyli moje kulinarne dziedzictwo. Nie jest to coś wybitnie pysznego- to miniaturowe, twarde chlebki z makiem, lekko słodkie, idealne do chrupania między piernikiem a makowcem. Oryginalnie serwuje się je ze słodkim mlekiem makowym- dzięki temu stają się miękkie. Ja jednak zapamiętałam je w wersji solo, jako bożonarodzeniową przekąskę i nie wyobrażam sobie bez nich Świąt.


W wersji pierwotnej, spisanej w notesie z przepisami mojej Mamy, powinno się napiec śliżyków (lub "śleżyków") z kilograma mąki. Ja jednak postanowiłam ograniczyć ich ilość- są przecież bardziej symbolem niż przysmakiem, dlatego wcale nie trzeba przygotować kilku blach, żeby ukłonić się w stronę mojej rodzinnej tradycji.

Śliżyki 
  • 0,5 kg mąki 
  • 20 g drożdży
  • 1/4 kostki margaryny lub masła
  • 1/4 szklanki cukru
  • 1/2 szklanki suchego maku
  • szczypta soli
  • "Dodać wody żeby można wałkować"





  • Wymieszać wszystkie składniki, zagnieść ciasto,  rozwałkować na dość gruby prostokąt.
  • Pokroić prostokąt na długie paski/wałeczki, następnie wałeczki pokroić na plastry o boku ok. 1 cm. 
  • Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (wyjdzie kilka partii).
  • Piec aż będą rumiane w temperaturze ok. 180-200 stopni.


Wesołych Świąt!

czwartek, 11 czerwca 2015

Wegańskie lody bananowe, czyli nana ice cream.

Było o lodziarniach, dziś będzie o lodach.
W czasach mediów społecznościowych i hasztagów bardzo szybko da się rozpętać burzę wokół jakiegoś trendu żywieniowego albo konkretnej potrawy.
Gdy do głosu dochodzą osoby, które dla zdrowia i urody pochłaniają dziennie kilkadziesiąt bananów, tworzy się w czyjejś genialnej głowie pomysł na nana ice cream. Intrygowały mnie od pierwszej chwili, gdy tylko usłyszałam o nich na instagramie.


Zasada jest banalna: mrozisz pokrojone/połamane banany, a potem wrzucasz do pojemnika blendera, miksujesz z jakimś dodatkiem i już. W pół minuty masz gotowy deser, którego przygotowanie w standardowej wersji może trwać godzinami- gotowanie śmietanki i żółtek, chłodzenie, mrożenie, miksowanie (przygotowując domowe lody bez specjalistycznego sprzętu należy co pół godziny blendować masę, żeby była gładka i kremowa). Generalnie marzyły mi się domowe lody, chodziła mi po głowie nawet maszynka do lodów (tylko co ja zrobię z kolejnym gratem w kuchni zimą?), więc wypróbowanie lodów z bananów było koniecznością.
Domyślacie się, że skusił mnie też fakt, że wystarczą dwa składniki do ich przygotowania.

sobota, 6 czerwca 2015

Kokosowo-cynamonowe crumble z rabarbarem.


Czyli rabarbar pod kruszonką, ma się rozumieć. Albo, według sprzedawców z rynku jeżyckiego, rabarber. 
Taka ni to kruszonka, ni to granola. Czyli crumble.
Nie zapomnę, jak bardzo się zdziwiłam, że rzewień, który omawialiśmy na farmakologii to właśnie rabarbar. Ale okazuje się, że rabarbar lekarski to nie ten, który na przełomie wiosny i lata zamieniamy w ciasta, kompoty i inne pyszności.


Mimo wszystko do rabarbaru trzeba podchodzić z szacunkiem. Po pierwsze: to chyba jedyna roślina, której częścią jadalną jest ogonek liścia. Po drugie: rabarbar to warzywo! Czyli od razu możemy pokusić się o wniosek, że skoro warzywa są zdrowe, to rabarbar trzeba wcinać na potęgę. Faktycznie, duża zawartość witaminy C i błonnika to jego mocne strony, a że idą w parze z cudownym smakiem (im rabarbar bardziej różowy, tym słodszy), to trzeba korzystać z sezonu. Żeby potem pamiętać dobrze ten aromat, gdy pije się kawę na przykład z Kenii, o wyraźnej kwasowości rabarbaru. 


czwartek, 12 lutego 2015

Przepyszne kokosowe kulki.

Dzisiaj tłusty czwartek, więc pora na stanowczą deklarację: nie cierpię pączków. Serio, nie udaję, nie popisuję się, po prostu dla mnie pączki mogłyby w ogóle nie istnieć. Raz do roku zmuszam się do jednego, żeby tradycji stało się zadość- wtedy w grę wchodzą tylko te z cukrem pudrem i konfiturą, bo z lukrem i z adwokatem po prostu nie tknę. Ale w tym roku nie mam obowiązku jedzenia jakichkolwiek słodkich wypieków, bo nakręciłam mnóstwo kokosowych kulek. 


I taki tłusty czwartek to ja rozumiem! Jest słodko, jest tłusto, ale nie ma oblepiania buzi lukrem. Można nawet łudzić się, że jest zdrowo (chociaż nie, nie zaryzykowałabym takiego stwierdzenia, żeby nie burzyć idei dzisiejszego święta).

czwartek, 29 stycznia 2015

Mój chlebek bananowy.

Myślałam, że to bardzo znana rzecz, takie chlebki bananowe. Że każdy ich próbował, albo kiedyś chociaż o nich słyszał (np. o tym autorstwa Sophie Dahl, słynnym już w blogosferze). Okazało się jednak, że są osoby, które można takim wypiekiem zaskoczyć. Jeśli lubicie mokre, korzenne ciasta, macie trzy przejrzałe banany w domu, albo widzicie te owoce w sklepie w cenie 0,99 zł/kg: nie macie wyboru, musicie upiec chlebek bananowy!



czwartek, 25 grudnia 2014

Ciasto marchewkowe, najlepszy przepis.


Wesołych Świąt! Przepis na ciasto w Boże Narodzenie prawdopodobnie nikomu się nie przyda, bo przecież wszyscy już wczoraj rozpoczęli festiwal jedzenia. Ale dla mnie to dobra okazja, żeby wreszcie na spokojnie coś napisać na blogu, więc jeśli po Świętach (lub za rok) dopadnie Was ochota na pyszne, korzenne ciasto, koniecznie wypróbujcie ten przepis.


Kiedyś ciasto z marchewką dziwiło prawie każdego, komu o nim wspominałam. Dzisiaj nie dziwią nawet ciasta z burakiem, cukinią czy awokado, a marchewkowe to już standard.

piątek, 15 sierpnia 2014

Szarlotka z kaszą manną.

Zaczyna się sezon na moje ulubione jabłka: pachnące, najpyszniejsze celesty, pirosy, kruche genewy, kwaśne antonówki. 
Pani Eliza Mórawska swoją książkę "O jabłkach" rozpoczęła słowami: kocham jabłka miłością absolutną. Tak właśnie mogłabym zacząć ten wpis-  to bezsprzecznie moje ulubione owoce, mogłabym jeść ich kilogramy. Nie muszę robić nikomu na złość, żeby pochłaniać mnóstwo jabłek, dlatego nie piszę o nich z okazji akcji #jedzjabłka. Bardziej z mojej ogromnej radości, że zaczyna się jabłkowy sezon; postanowiłam więc upiec najpyszniejszą szarlotkę na świecie. 

niedziela, 20 lipca 2014

Kokosowa tapioka z musem mango.

Kulki tapioki kojarzyły mi się kiedyś tylko z bubble tea. Ale za sprawą poznańskiego Wypasu poznałam deser, który na zawsze zmienił moje podejście do granulatu z manioku. Drobne perełki tapioki, gotowane w mleczku kokosowym, z musem mango na wierzchu; trochę egzotyczne i zaskakujące, bo w strukturze przypominają kawior, a trochę taki powrót do dzieciństwa- delikatne i kleiste jak ryż na mleku albo kaszka. Prawdę mówiąc, najbardziej smakuje mi ten aksamitny mus. Zdecydowanie nie wolno próbować go przed nałożeniem na tapiokę, bo nic nie zostanie. Jest doskonały; wydaje mi się, że mango zyskuje dodatkowych walorów smakowych po spotkaniu z blenderem.


Sowa mnie zaskoczył, gdy po pierwszej łyżeczce deseru z naszej ulubionej knajpy na Jeżycach uznał, że jest największym fanem tapioki i że mógłby ją jeść codziennie. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko kupić worek tych perełek, dobrej jakości mleczko kokosowe (zawsze sprawdzam, czy w składzie jest coś więcej niż tylko kokos i woda) i spróbować odtworzyć ten przysmak. Może się komuś wydawać, że tapioka jest trudno dostępna albo droga. Ja zamawiałam ją za kilka złotych w internecie, ale widziałam ją też w tej samej cenie w sklepach ze zdrowym jedzeniem, a nawet w jednym z toruńskich supermarketów. Sekretem tego deseru jest sok z limonki- myślę, że nie warto zastępować jej cytryną, bo ma zupełnie inny charakter.


środa, 16 lipca 2014

Jagodzianki.

Jest tylko jedno takie danie, które bezwarunkowo musi zawierać jagody, żeby zasłużyć na swoją nazwę. Zjedzenie pysznej jagodzianki latem to dla mnie  obowiązek; ważniejszy, niż pączek w tłusty czwartek czy faworki w karnawale. Te rumiane, owalne bułeczki, z mnóstwem jagodowego nadzienia, kojarzą mi się z wakacjami nad morzem (mimo tego, że pochodzą z Mazowsza). Przywołują na myśl małe, duszne cukierenki, gdzie osy próbują dopaść wszystkie wypieki leżące dumnie na ladzie. 


Miałam zawsze jeden problem z kształtem jagodzianek- trzeba zjeść mnóstwo buły, żeby móc się przez chwilę nacieszyć smakiem jagód, brudzących język na fioletowo. Strasznie to mi się wydawało niesprawiedliwe, zwłaszcza, kiedy chciało się podzielić tym przysmakiem z drugą osobą. Gdy przecięło się taką jagodziankę na pół, komuś przypadała często tylko namiastka nadzienia, które prawie w całości kryło się w drugiej połowie. 


Dlatego te domowe jagodzianki-zawijasy są dla mnie formą idealną. Każdy kęs ma smak jagód, ale zrównoważony delikatnym i puszystym drożdżowym ciastem. Do tego cukier puder z góry. Nie za słodko, bardzo jagodowo. Lipcowo, wakacyjnie, beztrosko.

niedziela, 13 lipca 2014

Tarta z kremem jaglanym i owocami na migdałowo- daktylowym spodzie.

Martynie od dawna należało się coś słodkiego bez pieczenia. Oli obiecałam przepis na coś z jagodami.  Ja uwielbiam kaszę jaglaną i szukam kolejnych jej zastosowań. Do tego Sowa właśnie przyjechał. Czyli generalnie zrobienie tej tarty było sprawą oczywistą.


Zawsze, gdy wrzucam tu coś słodkiego, zachwalam, jakie to pyszne, jakie to proste. Tym razem nie będę się zbędnie rozpisywać. Napiszę tylko, że koniecznie musicie przekonać się sami, jak smakuje taka tarta, a odechce się Wam wałkować i piec zwykłe, na kruchym spodzie. Teraz będzie rzeczą jasną jak słońce, że w szufladzie zawsze będą czekać migdały i suszone daktyle, na wypadek, gdyby naszła mnie ochota na ciasto, a odpalanie piekarnika byłoby niemożliwe z powodu upału. 
Ciasto bez pieczenia, bez jajek, bez mąki, bez nabiału. 

sobota, 5 lipca 2014

Strucla z domową konfiturą z czerwonej porzeczki.

W lipcu łatwo jest przesadzić z ilością owoców kupionych na rynku. Zwłaszcza w tegorocznym sezonie- wydaje mi się, że jakoś szybciej pojawiły się rarytasy, które zawsze kojarzyłam bardziej ze schyłkiem lata (chyba nigdy wcześniej nie było tyle malin w lipcu, a porzeczki pojawiły się już w czerwcu!) Wystarczy 5 minut spędzone między straganami, żeby zapach rozgrzanych w słońcu owoców wzbudził ogromną chęć pochłonięcia tego wszystkiego. Nagle w domu pojawiają się kilogramy agrestu, porzeczek, czereśni, malin i truskawek, które trudno jest przejeść. I wtedy warto zrobić dżem albo konfiturę. Nie koniecznie taką na zimę, zapasteryzowaną, do słoików. Taką do zjedzenia od razu, a najlepiej jako nadzienie do pysznej, drożdżowej strucli.



Moja strucla to trochę oszustwo. Wyglądają efektownie, jakby ktoś się napracował. Smakuje wyśmienicie. A prawda jest taka, że jest banalna w przygotowaniu. Wystarczy wszystko ładnie zwinąć i gotowe!


Jest tylko jeden, ogromny problem z taką struclą. Jeśli nie ma się towarzystwa do jedzenia, to żaden rozsądek, sumienie, chęć dobrego prezentowania się w bikini ani jakiekolwiek inne pobudki nie będą w stanie powstrzymać Was przed zjedzeniem połowy ciasta od razu.

Wiem o tym z własnego doświadczenia.

piątek, 13 czerwca 2014

Ciasto drożdżowe z ananasem, budyniem z mleczka kokosowego i kokosową kruszonką.

Gruba warstwa masła na wypieku z pszennej mąki.
Rzecz przeklęta przez kardiologów, gastroenterologów, diabetologów, dietetyków, osobistych trenerów. 



Wczoraj zobaczyłam w internecie okładkę TIME i ten artykuł i uśmiechnęłam się pod nosem. W Stanach, gdzie ogromnym problemem społecznym jest zespół metaboliczny, ludzie nagle odkryli, że przez wiele lat niepotrzebnie ograniczali spożycie tłuszczu? Doniesienia "amerykańskich naukowców" jak zwykle skłaniają do refleksji...
Gdy mam w domu ciemny chleb z milionem nasion, nie wpadnę na pomysł, żeby posmarować kromkę ogromną ilością masła. Nic jednak nie poradzę na to, że pasuje mi ogromnie na pszennym, białym pieczywie i cieście drożdżowym. Jestem raczej chudziakiem i mogę od czasu do czasu pozwolić sobie na odrobinę rozpusty. A przecież jeśli coś mi bardzo smakuje, to znaczy, że jest dla mnie dobre! Kawałek drożdżowego ciasta (o zgrozo, jeszcze ciepłego, podobno tak też nie wolno!) to najlepsza rzecz pod słońcem.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

O zakalcach (i przepis na bazyliowe gâteau au yaourt).

Zawsze mnie fascynowały zasady, którymi trzeba się kierować, gdy piecze się ciasta. "Mieszaj masę tylko w jedną stronę", "mieszaj osobno suche składniki, osobno mokre" i wiele innych.  Gdy kilka lat temu nie rozumiałam, dlaczego musi być tak, a nie inaczej, wydawało mi się, że to po prostu jakieś rytuały, magia, którą panie domu od lat odprawiają, bo wierzą, że dzięki temu ciasto się uda. Ale sama napiekłam tyle zakalców, że dochodzę do wniosku: coś w tym jest. A jest w tym sporo praw fizyki. Chciałabym dokładnie zrozumieć mechanizm procesów, które zachodzą od momentu wymieszania składników do wyjęcia gotowego ciasta z piekarnika, ale z drugiej strony- żeby wypieki się udawały wystarczy tylko dokładność i odrobina doświadczenia.




Ja muszę popracować przede wszystkim nad dokładnością. Odkąd prowadzę bloga, wyprodukowałam już 3 pyszne zakalce. I za każdym razem miałam pewną teorię na temat tego, co poszło nie tak. Pierwszy z nich- wegański bananowiec, być może byłby idealny, gdyby nie to, że o proszku do pieczenia przypomniałam sobie, gdy część już trafiła do formy (oczywiście wymieszałam całość znowu w misce, ale najwyraźniej nie uratowało to ciasta).



czwartek, 29 maja 2014

Drożdżówki z truskawkami (bez jaj).


Sowa często przynosi dla mnie drożdżówki ze śliwką albo z kruszonką na drugie śniadanie. Zawsze bardzo mi miło, gdy widzę czekającą na mnie w kuchni papierową torbę z Zagrodniczej czy od Kurasiaka. Ale nawet najlepsze sklepowe nie dorównują tym domowym. Dzisiaj drożdżówki z truskawkami i pyszną, cynamonową kruszonką. Skorzystałam z wegańskiego przepisu, żeby nie dodawać jaj (bo po prostu nie miałam) ale użyłam masła i mleka krowiego. Oryginał tutaj.



niedziela, 25 maja 2014

Tarta różana z jabłkami i rabarbarem (dla Mamy).


Nie umiem się ustosunkować do róż.
Takie czerwone z kwiaciarni, przyozdobione wstążkami, zdecydowanie do mnie nie przemawiają. Ale już gdy rosną w ogrodzie czy w parku- zachwycają. Dzikie róże kwitnące wzdłuż półwyspu helskiego to chyba jeden z piękniejszych widoków w Polsce. Zresztą są równie piękne gdy wydają wielkie, czerwone owoce. Moje ulubione to chyba jednak takie małe różyczki, najlepiej, gdy między kwiatami widać jeszcze pąki.

Dla antycznych Greków róża była symbolem Afrodyty, bogini miłości. Jako reprezentacja szczęścia i miłości przeniknęła do naszej kultury, pozostawiając po sobie zwrot "mieć życie usłane różami", la vie en rose, czyli życie beztroskie. Dodatkowo chyba każdy kolor róży ma przypisane znaczenie, jednak takie rzeczy w ogóle mnie nie interesują; skoro jakiś kwiat mi się podoba, nie będę przecież zaprzątać sobie głowy, że to np. symbol zazdrości czy fałszu. 
Smak przetworów różanych bardzo mi pasuje. Ale już zapach kosmetyków i perfum trochę mnie drażni. Tak to już jest z tymi różami; trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy je lubię, czy nie.

poniedziałek, 5 maja 2014

Wegańskie brownie z awokado.


Chciałam upiec coś, co mogłabym zawieźć przyjaciołom do Trójmiasta. Coś na tyle prostego, by nie biegać w deszczu po sklepach w poszukiwaniu wymyślnych składników i aby przetrwało prawie cztery godziny podróży w pociągu.
Wybór padł na brownie z awokado; spodobała mi się możliwość przekonania się, czy owoc smaczliwki nadaje się do zjedzenia w wersji na słodko. (a chodzi mi po głowie od kilku tygodni np. wegańska nutella z awokado właśnie).



I stała się rzecz niesłychana. Spróbowałam kawałek ciasta tuż po wyjęciu z piekarnika. Mimo faktu, że Sowa ocenił je bardzo pozytywnie, ja ogłosiłam, że do niczego się nie nadaje. Wydawało mi się gumowate, suche i gorzkie. Tak bardzo się myliłam! Następnego dnia rano, gdy przed podróżą dałam mu jeszcze jedną szansę, kompletnie zmieniłam zdanie. Pyszne, mokre, ciągnące się, intensywnie czekoladowe brownie. Uzależniające.
Wydaje mi się, że znajomym także zasmakowało. Mimo tego, że wypiek miał być dla nich prezentem i oznaką wdzięczności za zaproszenie, ja egoistycznie zjadłam prawie wszystkie kawałki.