strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warzywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warzywa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 września 2015

Pieczona dynia hokkaido.

W czasach licealnych miałam pewną wrześniową tradycję- żeby uczcić schyłek lata, włączałam piosenkę Pumpkin soup Patricka Wolfa i objadałam się domową zupą dyniową. Dziś, nawiązując do tamtych zwyczajów, postanowiłam po raz pierwszy dynię upiec. 


Kto tego jeszcze nie próbował- niech szybko wskakuje na rower i jedzie na targ po piękną dynię hokkaido. Można ją jeść ze skórką, łatwo się ją kroi (jak na dynię oczywiście), a po upieczeniu jest po prostu doskonała. 
Pieczoną dynię możecie serwować jako dodatek do obiadu lub osobne danie (np. z sosem z jogurtu, tahiny i czosnku), a możecie też użyć jej do zrobienia zupy-kremu czy pasty do chleba.
Wrzesień to mój ulubiony czas w roku. Promienie słońca padają na ziemię już pod innym kątem, jest jeszcze dość ciepło na lekki prochowiec, ale nie zbyt upalnie. Wrześniowe spacery, wrześniowe jabłka, moje urodziny. Zupa dyniowa, a od teraz- pieczona dynia.

It takes me back to another time of duffel coats
And drawing lines in the late september evening sand

The pumpkin soup on the table
The late september sun
A glow from the future a sorrow yet to be undone


środa, 11 czerwca 2014

Stir-fry z kalarepą.

Totalnie się nie znam na kuchni azjatyckiej. Aż wstyd, bo nie potrafię identyfikować większości charakterystycznych dla danego państwa potraw czy składników. Wpisuję się tym niestety w bardzo popularne i ograniczone pojmowanie orientu, gdzie kuchnia japońska to tylko sushi, a chińska- nudle i sajgonki. Chciałabym odbyć wiele podróży po Azji, które nauczyłyby mnie rozróżniać ramen od zupy pho, pak choi od kapusty pekińskiej, pierożki dim sum od wonton. Krążą gdzieś po mojej głowie te nazwy i próbowane kiedyś smaki (w europejskim wydaniu, w tanich knajpach eat-as-much-as-you-can w Londynie), ale to nie zmienia faktu, że jestem kompletnym laikiem. I jako laik, robiąc „chińskie”, mam wrażenie, że mieszam mały kawałek Azji z Europą i tworzę coś, do czego żadna kultura wschodu by się nie przyznała. Jak dla mnie najlepsze "chińskie" robi mój Tata, który często pół niedzieli spędza krojąc składniki w słupki, następnie partiami smaży wszystko w woku. Ten smak chrupiących warzyw i kiełków, nasiąkniętego lekko pikantnym sosem makaronu ryżowego albo fasolowego to moje ulubione skojarzenie z orientalnym jedzeniem.


Lubię mimo wszystko się oszukiwać, że gdzieś na ślepo, po omacku, trafiam w niektóre smaki i aromaty. I dlatego nie wstydzę się nazwać mojego wegańskiego stir-fry z kalarepą "azjatyckim", bez względu na to, jak ogromne to nadużycie. Spełnia główne trzy kryteria: jest szybkie, proste i pyszne, z chrupiącymi warzywami i sezamem. Wybrałam kalarepę, ponieważ teraz jest na nią najlepszy moment- jest lekko słodkawa i soczysta. Koniecznie kupcie taką z młodymi liśćmi- jak najbardziej są jadalne i bardzo smaczne.



poniedziałek, 2 czerwca 2014

Chili sin carne w tortillach i sos miętowy.


Kolejny szybki obiad, który uwielbiam. 
Chili sin carne, czyli chili bez mięsa.
Do tego kupne tortille- albo nie czytajmy ich składu, albo ich nie kupujmy i róbmy sami- ja postanowiłam nie czytać, bo czasami się przydają i mimo wszystko bardzo mi smakują. Fakt, zrobienie pszennych chlebków typu pita albo usmażenie naleśników to nie żadna wielka filozofia, ale jednak wymaga to ogarnięcia dodatkowej patelni na palniku, a to się nie sprawdza, gdy mamy mało czasu.



Wszystko brzmi całkiem elegancko, a tak naprawdę jest to tani, studencki. trochę obciachowy obiad. Wahałam się, czy jest się czym chwalić na blogu. Chwalić pewnie nie, ale podrzucać pomysł na banalnie proste i dobre jedzenie- można.
Szybkie, nie znowu błyskawiczne, bo trzeba się zająć pieczarkami. Są osoby, które młodych i ładnych nie obierają; ja do nich niestety nie należę (osób, nie pieczarek). Z podanych proporcji można nakarmić 2 głodne osoby, ale jeśli jecie sami, możecie drugiego dnia zjeść sam farsz np. z ryżem. W sklepach łatwiej jest dostać duże (w sensie- zwykłe, ok. 400g) puszki fasolki i kukurydzy, więc albo zużyjecie pół, albo możecie poszukać najmniejszych puszek (212g). Albo zaszaleć, zrobić z całych dużych puszek i zaprosić znajomych!


  • 1 paczka pszennych placków typu tortilla (4 sztuki)
  • 1 mała puszka fasolki (212g)
  • 1 mała puszka kukurydzy (212g)
  • 1 cebula
  • kilkanaście pieczarek
  • 1 duży pomidor
  • 2 łyżki przecieru paprykowego (lub 2 łyżeczki suszonej słodkiej papryki).
  • suszona kolendra, majeranek, kumin, (albo jak u mnie: 18 ziół ojca Mateusza), sól, pieprz, odrobina chili

    Sos miętowy:
  • 2 łyżki jogurtu
  • 1 łyżeczka majonezu
  • posiekane liście mięty
  • 1 mały ząbek czosnku
  • pieprz
  • Obrać, umyć i pokroić pieczarki w plasterki. Pokroić cebulę w kostkę lub piórka. Sparzyć pomidora, obrać ze skórki i podzielić na pół: jedna część trafi pokrojona do ciepłego farszu, drugą proponuję zostawić surową. 
  • Rozgrzać olej na patelni, wrzucić cebulę, gdy się zeszkli dodać pieczarki, posolić i podlać odrobiną wody. Dusić aż zmiękną i woda odparuje. Dodać przecier paprykowy (lub suszoną paprykę), kukurydzę, fasolkę, połowę pomidora. Przyprawić.
  • Sos miętowy: wymieszać wszystkie składniki z posiekaną miętą i startym czosnkiem.
  • Placki odgrzać zgodnie z instrukcją na opakowaniu. 
  • Zajadać wszystko w ulubiony sposób. Smacznego!

wtorek, 20 maja 2014

Pasztet z cieciorką i kaszą jaglaną.

Chodził mi po głowie taki dobry, warzywny pasztet. Pachnący majerankiem i suszoną kolendrą.
Znalazłam wiele podobnych do siebie przepisów na pasztety z kaszą i warzywami strączkowymi. W niektórych pojawiały się nerkowce czy inne orzechy. Najbardziej przypadł mi do gustu ten z Jadłonomii i ten od Wegan Nerd. Oczywiście musiałam trochę pokombinować po swojemu, żeby było taniej i szybciej.



Generalnie najważniejszą motywacją do pieczenia mojego pasztetu było wykorzystanie warzyw z wywaru na zupę. Dorzuciłam do nich kaszę, cieciorkę, przyprawy. Ostatecznie mojego dzieła raczej nie można kroić nożem w zwarte plastry. Zdecydowanie lepiej sprawdza się rozsmarowany na kanapce. Być może jutro, po nocy spędzonej w lodówce, będzie bardziej spoisty. Ale już i tak połowa zniknęła- tak bardzo mi smakuje. Prawdę mówiąc, nie mogłam się oderwać od masy przed włożeniem do piekarnika!

poniedziałek, 12 maja 2014

Kasza z warzywami, czyli słów kilka o konflikcie jedzenie vs. studia.


Nadchodzący egzamin z mikrobiologii i brak czasu na gotowanie idą niestety w parze (czas może by się znalazł, ale stan umysłu nie sprzyja).
Nie lubię jedzenia ze słoika. Nie przyjmuję argumentów, że to szybkie, że to tanie. Moim zdaniem dania, które wystarczy odgrzać i gotowe, sprawdzają się tylko na wyjazdach. Fakt, na jachtach albo na polu namiotowym można nie mieć warunków, żeby kroić warzywa i przyrządzać posiłek. Ale gdy dysponuję kuchenką, lodówką i blatem, na którym mogę przygotować wszystkie składniki- wolę obiad robić sama. Nawet tak banalny, jak kasza z warzywami. Smak domowego jedzenia może wynagrodzić te dodatkowe 5 minut spędzone w kuchni. Uwielbiam siedzieć godzinami w garach, ale nie zawsze pozwala mi na to mój plan dnia (wiadomo).

Podoba mi się, że kaszę z warzywami mogę ugotować prawie zawsze, bez względu na to, czy pamiętałam o zakupach, czy nie. Gdy leje i ani mi się śni wychodzić z domu. Wychodzi na to, że jem ją bardzo, baardzo często. Ale sposobów na jej przygotowanie i kombinacji składników jest milon, więc nigdy się nie znudzi. Wszystkie niezbędne składowe tego dania można trzymać w szafce albo zamrażarce, na zapas. (no, oprócz marchewek, ale one są u mnie prawie nieustannie).
A jest to ogromnie istotne, gdy nie ma się samochodu. Tu się kłania przykład deszczu: leje, wolę zostać pod kocem- mam co jeść. Większość moich czytelników jest pewnie na podobnym etapie życia, więc wiecie, o czym mówię.  A kto ma auto, niech mi wierzy na słowo.

Chętnie robię zakupy, zwłaszcza te "jedzeniowe", godziny potrafię zmarnować w sklepach wpatrując się w półki z oliwami, bakaliami, herbatami, przyprawami... Ale niestety, kiedy kupię rzeczy niezbędne, kilogram jabłek i litrową butelkę wody, nie jestem w stanie donieść do domu świeżych składników na kilka obiadów do przodu. Stąd myśl przewodnia mojego dzisiejszego wpisu: warto mieć w domu produkty, które można skleić w szybki i smaczny obiad, bez zbędnego planowania, latania po supermarketach. Jestem spokojna, gdy w zamrażalniku są jakieś jarzyny, a w szafce duży wybór zbóż.
I dlatego w sytuacjach awaryjnych jem kaszę z warzywami. Bo jest bezproblemowa. Totalna prostota i minimalny wkład pracy.




Przygotowanie nie wymaga chyba komentarza. Ja lubię, gdy warzywa są al dente, więc podsmażam je tylko kilka minut. Cieciorkę wrzucam na sam koniec.
Przy okazji podrzucam Wam teraz pomysł, jak wykorzystać pół puszki cieciorki, które zostanie Wam po makaronie z cukinią i suszonymi pomidorami :)
Smacznego!

poniedziałek, 5 maja 2014

Wegańskie brownie z awokado.


Chciałam upiec coś, co mogłabym zawieźć przyjaciołom do Trójmiasta. Coś na tyle prostego, by nie biegać w deszczu po sklepach w poszukiwaniu wymyślnych składników i aby przetrwało prawie cztery godziny podróży w pociągu.
Wybór padł na brownie z awokado; spodobała mi się możliwość przekonania się, czy owoc smaczliwki nadaje się do zjedzenia w wersji na słodko. (a chodzi mi po głowie od kilku tygodni np. wegańska nutella z awokado właśnie).



I stała się rzecz niesłychana. Spróbowałam kawałek ciasta tuż po wyjęciu z piekarnika. Mimo faktu, że Sowa ocenił je bardzo pozytywnie, ja ogłosiłam, że do niczego się nie nadaje. Wydawało mi się gumowate, suche i gorzkie. Tak bardzo się myliłam! Następnego dnia rano, gdy przed podróżą dałam mu jeszcze jedną szansę, kompletnie zmieniłam zdanie. Pyszne, mokre, ciągnące się, intensywnie czekoladowe brownie. Uzależniające.
Wydaje mi się, że znajomym także zasmakowało. Mimo tego, że wypiek miał być dla nich prezentem i oznaką wdzięczności za zaproszenie, ja egoistycznie zjadłam prawie wszystkie kawałki.

piątek, 2 maja 2014

Pieczone Szparagi.


Nie bez powodu "Pieczone Szparagi" napisałam w ten sposób.
Co roku na przełomie kwietnia i maja kupowałam szparagi, gotowałam i jedząc myślałam "rany, o co tyle hałasu, dobre, ale szału nie ma". Po co gromadzić specjalne, wysokie garnki, albo bawić się w odcinanie główek i gotować specjalnie, żeby łodyga zmiękła, a główka pozostała jędrna. Szparagi jadłam tylko z potrzeby wpisania ich w tę sezonowość, że skoro są, to trzeba zrobić.
Aż do wczoraj, gdy postanowiłam szparagi upiec.
Od teraz pewnie inaczej ich nie przyrządzę i mam wrażenie, że z utęsknieniem będę czekać kolejny rok na ich ponowne pojawienie się.
Wybrałam zielone szparagi, bo bardziej mi smakują i nie trzeba ich obierać.
Wyszły świetne.



Pieczone Szparagi

Składniki:
  • pęczek szparagów
  • oliwa z oliwek
  • sól, pieprz, tymianek
Przygotowanie:
Piekarnik rozgrzać do 200 stopni.
Szparagi dokładnie umyć (radzę bardzo się do tego przyłożyć, bo w główkach lubi czaić się mnóstwo piasku; ja włożyłam je na chwilę główki do naczynia z wodą i dokładnie płukałam), następnie odłamać końce łodygi u dołu (szparag złamie się w miejscu, gdzie zaczyna być twardy i łykowaty; ta część raczej nam się nie przyda).
Rozłożyć na blasze folię aluminiową i położyć na niej szparagi. Posypać solą, pieprzem i tymiankiem, podlać oliwą. Piec ok. 25 minut.
Smacznego!