Muszę to jakoś sobie poukładać, przepracować. Zakończył się fajny etap, pożegnałam się z Poznaniem. Miejscem, w którym spędziłam bardzo dobre pięć lat. Miastem, które znienawidziłam za wiecznie czerwone światła na przejściach dla pieszych, chaotyczny dworzec kolejowy i kiepskie, urywające się znienacka ścieżki rowerowe, a jednocześnie pokochałam za knajpy, za kawiarnie, za Jeżyce i za lody.
strony
wtorek, 5 lipca 2016
czwartek, 23 czerwca 2016
Curry z botwinki.
Musiałam zbadać tę sprawę. O co właściwie chodzi z tym curry? Jasne było, czym są tajskie pasty curry, każdy zna też mieszankę przypraw curry, ale co sprawia, że możemy tak nazwać indyjskie danie, któremu w języku polskim przydzieliłabym określenie "potrawka"? I jeszcze czy daal i curry to to samo, skoro jedno i drugie kojarzy mi się z jednogarnkowym, rozgrzewającym i sycącym obiadem?
Najbardziej dostępne informacje, czyli znalezione na Wikipedii, dotyczą curry indyjskiego. Z języka tamilskiego kari, கறி, oznacza "sos". Czyli warzywa w sosie przyprawione kolendrą, kuminem, kurkumą, imbirem i innymi korzennymi przyprawami, mają prawo nosić tę nazwę.
Z kolei daal to potrawa ze strączków, zatem mój dzisiejszy przepis również wypada tak nazwać. Ostatecznie można też skorzystać z bardzo lubianego przeze mnie słowa "potrawka". Bez względu na terminologię, z całą pewnością będzie pysznie.
wtorek, 7 czerwca 2016
Tapioka z zieloną herbatą matcha.
Nigdy nie stworzyłam własnej bucket list, mogłabym natomiast spisać listę kilkudziesięciu potraw (albo paru milionów) których chciałabym spróbować w ciągu swojego życia. I nie zdziwiłabym się wcale, gdyby połowa pozycji wiązała się z koniecznością wycieczki do Japonii.
Mniej więcej rok temu zaczęłam interesować się tym miejscem na Ziemi. Mam wrażenie, że wszystkie odpowiedniki tamtejszych potraw, które są dostępne w Polsce, to jedynie namiastka tego, co oferuje kuchnia japońska. Może i mamy kilka świetnych knajp z ramenem, przyzwoite sushi, dość dobre onigiri... ale odnoszę wrażenie, że zupełnie inaczej podchodzi się tam do jedzenia. Gotuje się z wielką dbałością o jakość używanych składników, o formę podania gotowych dań, nie bez znaczenia są także walory zdrowotne serwowanych potraw – w końcu to w Japonii jest najwięcej stulatków na świecie.
Jednym z moich wielkich marzeń jest doświadczenie ceremonii herbacianej i spróbowanie zielonej herbaty matcha (抹茶). Jest to bardzo drobny proszek z liści, który po zalaniu wodą o odpowiedniej temperaturze serwuje się w formie spienionego napoju. Jego jedna filiżanka ma podobno więcej przeciwutleniaczy niż dziesięć takich samych porcji zwyczajnej zielonej herbaty. Byłam na tyle niecierpliwa i ciekawa, że skusiłam się na zakup matcha w jednej z poznańskich herbaciarni. Niestety, gotowy napar nie miał wcale pięknego pistacjowego koloru, a w smaku przypominał po prostu mocną zieloną herbatę. Po zbadaniu sprawy okazało się, że kupiłam proszek kiepskiej jakości lub po prostu utleniony, czego można było się spodziewać po relatywnie niskiej cenie. Całe szczęście całkiem nieźle sprawdza się w deserach, stąd pomysł dodania go do puddingu z tapioki. Dzięki temu deser zyskał przyjemny, herbaciany smak i dość intrygujący kolor, a ja mam cichą nadzieję, że może mimo tego, że moja matcha jest już utleniona, to jednak zachowała chociaż odrobinę swoich wspaniałych właściwości.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Jaglany budyń czekoladowy na poprawę humoru.
Wczoraj był właśnie taki dzień, kiedy nic nie chciało mi poprawić nastroju. Pyszny obiad nie pomógł. Koreańska maseczka aloesowa na twarz tylko pogorszyła sprawę (z takim negatywnym nastawieniem zamiast czuć się jak w salonie odnowy biologicznej, miałam wrażenie, że trzymam mokrą ścierkę na twarzy). Jeszcze cztery (z dziecięciu!) egzaminy przede mną, więc piękna pogoda łamie mi serce, bo czuję, że każda minuta spaceru to zbrodnia przeciwko szybkiemu uporaniu się z ta wiedzą, zdecydowanie zbyt obszerną do przyswojenia.
Trzeba było zatem wyciągnąć najcięższe działa. Budyń czekoladowy z malinami to najlepsze antidotum na parszywy humor. A jak do tego jest z kaszy jaglanej, to oprócz kojącego działania na nerwy, jest też całkiem zdrowy. Bez nabiału, bez glutenu, za to tak pyszny, że poziom endorfin rośnie błyskawicznie z każdą kolejną łyżeczką.
piątek, 27 maja 2016
Kawa i Kwiaty #2: Jakie ziarna wybrać?
Postanowiłam, że moje wpisy o kawie będę układać w podobnej chronologii do tej, w jakiej sama zaczęłam poznawać szczegóły na ten temat. Poprzednio pisałam o tym, jak zacząć doceniać dobrą kawę. Było o otwartości na nowe doświadczenia, o dobrych kawiarniach i o segmencie speciality. Dziś postanowiłam skupić się bardziej na kwestii samego surowca – gdzie znaleźć dobre ziarna i jakie wybrać?
Zacznijmy od praktycznych podstaw.
1. Arabica vs. robusta
Bardzo często słyszymy hasło: "100% arabica" więc intuicyjnie możemy uznać, że arabica jest lepsza. Jest to zgodne z prawdą; jak już w poprzednim wpisie wspominałam, kawa z segmentu speciality to tylko arabica. Robusta to gatunek o wiele bardziej wytrzymały, jednak zdecydowanie uboższy w smaku, którego dodatek do kawy sprawia, że napój staje się cierpki i kwaśny. Robustę można znaleźć także w drogich kawach, jest po prostu wypełniaczem, który zapewnia producentowi większy zysk, a nam dostarcza nieprzyjemnych doświadczeń.
Bardzo często słyszymy hasło: "100% arabica" więc intuicyjnie możemy uznać, że arabica jest lepsza. Jest to zgodne z prawdą; jak już w poprzednim wpisie wspominałam, kawa z segmentu speciality to tylko arabica. Robusta to gatunek o wiele bardziej wytrzymały, jednak zdecydowanie uboższy w smaku, którego dodatek do kawy sprawia, że napój staje się cierpki i kwaśny. Robustę można znaleźć także w drogich kawach, jest po prostu wypełniaczem, który zapewnia producentowi większy zysk, a nam dostarcza nieprzyjemnych doświadczeń.
czwartek, 26 maja 2016
Dowód na cykliczność czasu, czyli chłodnik litewski.
Od dobrych paru lat bardziej niż czas linearny odczuwam czas cykliczny. O początku danej pory roku nie decyduje kolejna kartka w kalendarzu, tylko wyczekiwane potrawy, którym towarzyszą powtarzające się wydarzenia. Jak są egzaminy, festiwale muzyczne- mamy urodzaj warzyw i owoców na straganach. Jak zupa dyniowa- początek szkoły, a na drzewach pojawiają się żółte liście. Nadejście zimy zwiastują świąteczne piosenki w supermarketach i powtarzające się pytanie: "co robimy w Sylwestra?". Natomiast późną wiosną przychodzi zawsze dzień, gdy gotuję pierwszy chłodnik. Do końca lata jest on moją zupą numer jeden i objadam się nim bez opamiętania, żeby łatwiej mi było wytrzymać kolejne, jesienne i zimowe miesiące.
Nie ma siły, żeby zjeść chłodnik poza sezonem. Tak jak kutię je się tylko podczas wieczerzy Wigilijnej (a szkoda, akurat do niej składniki są dostępne cały rok), tak właśnie chłodnik litewski przypisany jest do miesięcy od maja do sierpnia. Pojawia się na stole z pierwszymi szparagami, kolejne porcje przypadają na sezon truskawkowy i czereśniowy, aż wreszcie w towarzystwie śliwek robi się go ostatni raz.
Nie ma siły, żeby zjeść chłodnik poza sezonem. Tak jak kutię je się tylko podczas wieczerzy Wigilijnej (a szkoda, akurat do niej składniki są dostępne cały rok), tak właśnie chłodnik litewski przypisany jest do miesięcy od maja do sierpnia. Pojawia się na stole z pierwszymi szparagami, kolejne porcje przypadają na sezon truskawkowy i czereśniowy, aż wreszcie w towarzystwie śliwek robi się go ostatni raz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





