Kulki tapioki kojarzyły mi się kiedyś tylko z bubble tea. Ale za sprawą poznańskiego Wypasu poznałam deser, który na zawsze zmienił moje podejście do granulatu z manioku. Drobne perełki tapioki, gotowane w mleczku kokosowym, z musem mango na wierzchu; trochę egzotyczne i zaskakujące, bo w strukturze przypominają kawior, a trochę taki powrót do dzieciństwa- delikatne i kleiste jak ryż na mleku albo kaszka. Prawdę mówiąc, najbardziej smakuje mi ten aksamitny mus. Zdecydowanie nie wolno próbować go przed nałożeniem na tapiokę, bo nic nie zostanie. Jest doskonały; wydaje mi się, że mango zyskuje dodatkowych walorów smakowych po spotkaniu z blenderem.
Sowa mnie zaskoczył, gdy po pierwszej łyżeczce deseru z naszej ulubionej knajpy na Jeżycach uznał, że jest największym fanem tapioki i że mógłby ją jeść codziennie. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko kupić worek tych perełek, dobrej jakości mleczko kokosowe (zawsze sprawdzam, czy w składzie jest coś więcej niż tylko kokos i woda) i spróbować odtworzyć ten przysmak. Może się komuś wydawać, że tapioka jest trudno dostępna albo droga. Ja zamawiałam ją za kilka złotych w internecie, ale widziałam ją też w tej samej cenie w sklepach ze zdrowym jedzeniem, a nawet w jednym z toruńskich supermarketów. Sekretem tego deseru jest sok z limonki- myślę, że nie warto zastępować jej cytryną, bo ma zupełnie inny charakter.